26.11.2013
Spotkanie ze Stephenem Kingiem

Już dawno temu pogodziłem się z faktem, że prawdopodobnie nigdy w życiu nie dane mi będzie widzieć się z Kingiem, o ile oczywiście nie odbije mi i nie polecę stricte po to do USA.

Informację o tym, że King przyjeżdża do Europy sprawdzałem ze 20 razy. Od piątego razu na stojąco, bo nie mogłem usiedzieć w fotelu.

Prawda. Prawda Panie!

Król odwiedzi miejsce oddalone o mniej niż 1000km ode mnie. (897km)

Wiedziałem, że do Paryża nie dam rady – daty nieubłagane, ale Hamburg 20 listopada – będę!

Sprzedaż biletów ruszała w poniedziałek – pamiętam dość dobrze, bo miałem duuużo spraw do załatwienia, a zamiast nich siedziałem i klikałem „odśwież” od 9:30 co kilkanaście sekund. Sprzedaż wystartowała planowo o 13:00. Swoje bilety miałem o 13:01:27 i o zgrozo miałem już 29 rząd w sali kongresowej festiwalu literatury w Hamburgu. Od sceny niby dość daleko, ale przecież Król będzie tuż, tuż.

Bilety wydrukowane, rozpoczęło się ponad dwumiesięczne oczekiwanie.

Wsiadając w auto i ustawiając w GPSie Hamburg w zasadzie nie docierało do mnie, że oto wieczorem tego dnia będę widział i słuchał mego absolutnego idola pośród pisarzy.

Dziesięć godzin w aucie spędziłem słuchając audiobooka (Stephen King „Cell”, a niby kogóż innego). Zajechałem, zostawiłem bety w hotelu i poszedłem na miejsce. Bilety z QR codem czekały w kieszeni. Ekscytacja LVL:„Zawał Serca”, stresik i trema zupełnie jakbym to ja miał wyleźć na tę scenę :D Mniej więcej tak wyglądały moje procesy myślowe:

Ej, o co chodzi przecież to tylko…spokojnie, uspokój się, nie ma się co… O MÓJ BOŻE ZA MNIEJ NIŻ GODZINĘ ZOBACZYSZ STEPHENA KINGA NA ŻYWOOOOoooo – typowe dla statycznego, stonowanego, spokojnego 34 latka.

Przed wejściem do centrum konferencyjnego czekał nie lada tłum. Nastawiałem się na czekanie, a tutaj wielkie zaskoczenie. Ekipa panów i pań z czytnikami QR kodów sprawiła, że ludzie dosłownie wlewali się do środka. Wszedłem chyba w niecałe 3-4 minuty.

Nie wiem ile ludzi tam było, gdyby tyle przyszło na polski konwent stalibyśmy pewnie z 5 godzin w kolejkach. Okazuje się, że nawet wielką ciżbę ludzką można spokojnie „przetworzyć” i zakredytować, jeśli tylko wie się jak i tutaj wielkie brawa dla Imladrisu 2013 w Krakowie za pomysł z QR code i akredytację w 25 sekund.

Stosunkowo dużo Polaków spotkałem w kuluarach, wszyscy przejęci i podobnie podekscytowani. Nawet nie bardzo było jak porozmawiać, bo wszyscy spoglądali na zegarki i przestępowali z nogi na nogę.

Zająłem swoje miejsce w wielgachnej sali kilka minut przed startem i czekałem. Konferansjer wyszedł i zaczął zapowiadać po niemiecku i angielsku. Poprosił, żeby robienie zdjęć ograniczyć do pierwszych 3 minut. Zdjęć? Podniosłem brew i patrzę pod scenę. Stoją tam profesjonalni fotografowie ze swoimi przywieszkami, myślę sobie, że przecież to komunikat stricte do nich, bo tylko oni mogą. I widzę oto wtedy ludzi zakradających się pod scenę z komórami i aparatami.

Szymon…więcej okazji może już nie być…

Przepraszam panią w moim rzędzie, którą zdeptałem. Wie Pani… Król…

Przepraszam dwóch panów, którzy szli przede mną… trzeba było iść szybciej drodzy sąsiedzi zza zachodniej granicy (Raus!!!!)

Zbiegłem z wysokości 29 rzędu pod scenę w trzech, może czterech skokach, przynajmniej tak mi się zdawało ^^. Serce waliło mi bardzo, ale to bardzo. Żywcem powracały wspomnienia z dzieciństwa, gdy pod choinką czekała akurat wielka paczka, a mnie w końcu pozwolono ją otworzyć.

Dopadłem sceny, wyrywając komórkę w biegu i dosłownie w tym momencie usłyszałem:

„Ladies and gentleman, the one, the only… Stephen King!!!”

Stałem przy prawym krańcu sceny. Zza kotary, może niecałe trzy metry ode mnie wyszedł Stephen King.

Trzymając telefon w drżących rękach usłyszałem za plecami eksplozję wrzawy, a zupełnie blisko swój własny zdawałoby się bezwolny szept „Kiiiing”, jakbym chciał werbalnie uszczypnąć się i potwierdzić, że nie śnię, że to dzieje się naprawdę, że marzenia, które trwają nawet 20+ lat potrafią się spełniać. Obróciłem nawet telefon na siebie, żeby chwycić ten moment zachwytu i wszechogarniającej radości. Uśmiech, który wtedy miałem na ryjku mam również teraz pisząc tę wspomnienio-relację. Właśnie dlatego wiem, że doświadczyłem tam czegoś bardzo dla mnie niezwykłego, i że zostanie to ze mną na zawsze.

Słuchałem i oglądałem przemawiającego Stephena całym sobą. Wróciłem już oczywiście na swoje miejsce w 29 rzędzie i przeprosiłem wszystkich, których stratowałem wcześniej.

Stephen mówił, śmialiśmy się i cieszyliśmy się z każdego jego słowa, z jego aury i samej obecności. „King” w nazwisku ma w końcu nie od parady :D

Chwile później Stephen wziął do ręki swojego ipada i zaczął osobiście czytać fragment „Doctor Sleep”. Fragment ten trwał nieco ponad siedem minut. W tym czasie w sali kongresowej po brzegi wypełnionej ludźmi można by usłyszeć upadającą szpilkę. Był Stephen, jego opowieść, jego głos…

To co czułem wtedy można opisać dosłownym cytatem z samego Mistrza: „Magic exists”.

Magia istnieje, a to było właśnie siedem magicznych minut. Siedem minut wspólnej podróży w świat jego wyobraźni. Niezapomniany moment w życiu.

Król zaczarował mnie od pierwszej sekundy pojawienia się na scenie. Zmieniłem się dosłownie w dziecko, które spotkało Świętego Nikołaja w pełnej krasie, nie przebierańca, nie podróbkę, jedynego i prawdziwego, One & Only.

Po przeczytaniu fragmentu powieści King opowiadał dykteryjki, wspominał, odpowiadał na pytania prowadzącego, a później kilku osób z samej sali, żartował i wciąż porywał całą salę we wspólne salwy śmiechu i oklasków. Wspaniałe, wspaniałe chwile!

Gdy wróciłem do Polski i opowiedziałem co się działo podczas spotkania, mój kumpel stwierdził: „eeeeee nawet ci nic nie podpisał, ani ręki mu nie ścisnąłeś, ani nic do niego nie powiedziałeś, do duuuupy takie tam spotkanie”. Tendencje do narzekania mamy jako ludzie chyba w genach, ale ja nie potrafię patrzeć na moje spotkanie z Kingiem inaczej niż jako na jeden z tych skarbów wśród wspomnień, które trzyma się całe życie i to jak najbliżej serca. Mam nadzieję, że może kiedyś jeszcze przyleci do Europy, w końcu sam obiecał na spotkaniu, że będzie żył 130 lat i tworzył non-stop dopóki sprawia mu to przyjemność.

 

A dla wszystkich, którzy nie mogli dzielić tych chwil ze mną – film inaugurujący mój kanał Youtube – połączenie pierwszego kontaktu z Kingiem i siedmiu minut czytania powieści.

Bo wiecie… Magia istnieje :)